news, opowieści

O tym, jak Bóg przychodzi do hobbita

Grudzień 6, 2016

Wszyscy pamiętamy spotkanie Gandalfa z Bilbem, które zaowocowało wyprawą do Samotnej Góry. A gdyby tak na tę historię spojrzeć od nieco innej strony?

Pozwólcie, że przypomnę pewne spotkanie z bardzo znanej, niedużej powieści Tolkiena. Spotkanie Gandalfa i Bilbo. Wyglądało to mniej więcej tak: Gandalf pojawia się przed domem Bilba, gdzie obaj zaczynają taką nie bardzo odważną rozmowę, takie trochę zagajenie. Oczywiście wtedy  są też te słynne kółka z fajkowego dymu, które puszcza czarodziej. W pewnym momencie Gandalf mówi: „Bardzo ładnie. Ale nie mam dziś czasu na puszczanie kółek z dymu. Szukam kogoś, kto by zechciał wziąć udział w przygodzie, to znaczy w wyprawie, którą właśnie przygotowuję; bardzo trudno kogoś takiego znaleźć.” Słysząc te słowa Bilbo odpowiada: „Ja myślę, że trudno! W naszych stronach! My tu jesteśmy naród prosty i spokojny, nie potrzeba nam przygód. Przygody! To znaczy: nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad.”

Oczywiście ujawnia się gdzieś tutaj pewna hobbicka duchowość – domowość i obiadowość. To wszystko tworzy taki świat, który jest bardzo oswojony, bezpieczny, policzalny i cieplutki. Użyjmy nawet tego słowa, którego popularność, za sprawą papieża Franciszka, od niedawna jest bardzo duża – taki „kanapowy“. Nigdzie nie będę się ruszał, niczego nie będę zmieniał, tak po prostu będę sobie żył jak do tej pory, mając zawsze pełną miskę.

Kiedy przychodzi do nas Bóg, to On zawsze czegoś od nas chce. Dlatego tak przed nim uciekamy. Wiemy, że będzie bolało. Wiemy, że będzie nas wzywał do jakiegoś ruchu, że trzeba będzie opuścić kanapę i wyruszyć w świat. Taki świat, który będzie światem drugiego człowieka, który będzie poznawaniem samego siebie. Jakie to bolesne zajrzeć do swojego wnętrza i przekonać się, że nie jesteśmy tacy świetni, jak nam się wydawało. Że nie jesteśmy tacy wspaniali, dobroduszni i prawi. Że tyle jest w nas „lenia pospolitego“, „kanapowca“ właśnie.

Rusz z miejsca! Żeby cokolwiek wydarzyło się w naszym życiu duchowym potrzebna jest nam właśnie ta zmiana, ten ruch. Przejście z punktu A do punktu B. Przede wszystkim, jak mówi Pismo Święte, konieczna jest tu zmiana myślenia. Nawracajcie się w myśleniu waszym. Przestańcie myśleć tylko po ludzku, zacznijcie myśleć po Bożemu. Według Ewangelii, według tego Słowa wcielonego, według Jezusa Chrystusa, a nie według swoich tam rachuneczków, kalkulacji, wyobrażeń, roszczeń, oczekiwań, pielęgnowanych marzeń, pragnień i tak dalej… Myśleć po Bożemu to znaczy porzucić stare i zacząć nowe. Jeżeli dzisiaj chciałbym was zaprosić do jakiegoś ćwiczenia duchowego, to właśnie do takiego: porzuć stare, zacznij nowe! Zaryzykuj tę wędrówkę! A wraz nią nieprzyjemności, zburzony spokój i brak wygód. Nie wiadomo, co Cię spotka na tej drodze z Jezusem Chrystusem, tej drodze Bożej, drodze wiary, tym przemieszczaniu się.

Proszę przypomnieć sobie historię powołania Abrama z Ur Chaldejskiego – pojawia się Boże wezwanie i on na nie odpowiada, wszystko zostawia, zaczyna nowe życie. Potem jeszcze długo będzie czekał, aż Bóg dotrzyma słowa i spełni swoją obietnicę, ale już na początku Mu zaufał. Mojżesz doświadcza takiego samego powołania spotykając Boga w krzewie gorejącym. W tym głosie, który wydobywa się z wnętrza ognia słyszy wezwanie: „Zdejmij sandały, zobacz, że rozwiewasz ze Świętym, że to, do czego jesteś wzywany nie wypływa z Ciebie. Ty sobie tego nie byłeś w stanie nawet wyobrazić, nie potrafiłeś sobie tego wymyślić.“

Czasami nawet siebie samych potrafimy wymyślić, jako ludzi pobożnych. Tymczasem pobożność możemy dostać tylko od Pana Boga, tylko przez Niego możemy być do niej powołani. „Wyruszyć w przygodę“ to właśnie być powołanym. Nie wszyscy robią to chętnie – tak było na przykład z Jonaszem. Doskonale wiemy, że opierał się on Bogu. Nie chciał pójść z misją do „tych złych ludzi” w Niniwie. Chciał Boga twardego, który ich ukarze, ale Bóg działa po swojemu…

W ten sposób można by było przywoływać tysiące sytuacji, spotkań z Bogiem i wezwań kierowanych do różnych ludzi, o których opowiada Biblia. Wcześniej czy później wszyscy oni wyruszali w tę drogę, na którą zaprosił ich Bóg. Nie było łatwo. Przekonywali się o swojej słabości. Tak samo jak o swojej niewierności, słomianym zapale i pseudoentuzjazmie przekonali się w prawie wszyscy apostołowie – dwunastu najbliższych, przyjaciół od serca. Kiedy przyszedł krzyż, nie było ani jednego. Pochowali się, zdradzili, zawiedli. Tymczasem pierwsze do czego zaprasza nas Bóg to właśnie przebywanie w jego obecności, uwierzenie Mu na słowo i wejście z Nim w taką komunię, taką bliskość.

My nie ruszymy z miejsca w naszej wierze, jeżeli nie poddamy się Słowu. Temu Słowu, które jest zaproszeniem. Temu Słowu, które pochodzi naprawdę z głębi Bożego serca. To Słowo jest odwieczne, bo Bóg wie kim my tak naprawdę jesteśmy, jak mamy żyć i w czym wypełni się nasze życie. Właśnie dlatego do nas mówi.

Rusz więc z miejsca i zacznij przygodę, kanapowcu, leniwcze pospolity albo bojaźliwy i płochliwy papuciowcu domowy. Wyrusz! Jeżeli cokolwiek ma się wydarzyć na twojej drodze z Panem Bogiem, to właśnie od tej decyzji ta droga się zacznie. Decyduję się, wybieram Boga. Wierzę Mu na słowo i dlatego zmieniam moje myśli. Zmienia się moje serce, bo otwiera się na nową miłości. Tam w końcu jest miejsce dla Tego, który pierwszy ukochał nas miłością odwieczną. Wyrusz już dziś, nie zwlekaj!

***

Fragment pochodzi z najnowszego audiobooka ojca Tomasza Zamorskiego „Smaki ziemi obiecanej“.

smaki-ziemi-wizualizacjadludie

Zobacz też